• Sand_traveltheworld

Ostatnia podróż przed lockdownem

Dzień 1

Jak wspominałam Wam we wcześniejszym wpisie (tutaj) o mały włos, dzięki Flexibus nie utknęliśmy w Faro. Co się dokładniej stało? Od 30.10 w Portugalii wprowadzono nowe obostrzenia, które miały na celu zablokowanie ruchu pomiędzy regionami. Na szczęście uratowała nas portugalska kolej, ktora mimo nowych zasad wciąż przemieszczała się wg. normalnego rozkładu jazdy.

Także zamiast autobusu o 6.00 rano, pojechaliśmy pociągiem o 8.20. Cena za bilet była wyższa jedynie o 10EUR i wynosila 22EUR, co zdecydowanie jest dobrą ceną porównując komfort jazdy autobusem, a pociągiem.

` Podróż trwała 3.5h, czyli na miejscu byliśmy przed godziną 12.00. Większość czasu przespaliśmy, ale pomijając te momenty mogę Wam powiedzieć, że niestety ale żadnych spektakularnych krajobrazów nie mijaliśmy.

Ciekawe widoki zaczęły się dopiero w momencie, gdy pociąg wjechał w okolice Setubal, a następnie na Most 25 kwietnia. Z tego miejca rozpościerał się doskonały widok na centrum Lizbony oraz na pomnik Chrystusa Króla, którego odwiedzenia nie mieliśmy w planach, przede wszystkim ze względu na zbyt małą ilość dni przeznaczoną na zwiedzanie stolicy. Dalej tory prowadzą tuż pod XVIII-wiecznym akweduktem.

Wysiedliśmy na stacji Sete Rios, skąd mieliśmy połączenie metrem bezpośrednio pod nasze mieszkanko. Na każdej stacji metra rozmieszczone są biletomaty. Bilet zarówno jednorazowy, jak i okresowy nabija się na "kartonik", który można za 0,5EUR kupić w tym samym biletomacie. Kartonik jest wielokrotnego użytku.

Mieszkanie zarezerwowaliśmy za pomocą strony www.airbnb.pl. Za 3 noclegi w centrum miasta zapłaciliśmy ~950zł. Na miejscu czekał na nas mały poczęstunek tj. butelka wina, bagietka, regionalny ser itp. Po całej podróży byliśmy tak głodni, że zjedlibyśmy konia z kopytami, dlatego takim powitaniem trafili w 10!

Zjedliśmy powitalny aperitif, ogarneliśmy się po podróży i ruszyliśmy na podbój Lizbony. Dzięki dobrej lokalizacji naszego nowego noclegu w każde miejsce pierwszego dnia mogliśmy dotrzeć bez potrzeby przemieszczania się komunikacją.

Pierwszą atrakcją dnia był Praça Dom Pedro IV, którego pomnik wzniesiony został na samym środku placu. W czasach średniowiecza Rossio, jak również bywa nazywany plac Pedro IV, był jednym z głównych placów Lizbony. Organizowano na nim różnego rodzaju uroczystości, egzekucje, a także walki byków. Przez dłuższy czas mieściła się przy nim siedziba portugalskiej inkwizycji, a na samym placu płonęły stosy.

Obecnie przy placu mieści się jeden z najpopularniejszych w Lizbonie sklepów z sardynakami.

2 minnuty spacerkiem od placu Rossio wzniesiona została winda Santa Justa. Łączy ona Baixe z leżącą wyżej dzielnicą Chiado. Na szczycie windy znajdują się dwa tarasy widokowe, z których rozpościera się wspaniały widok na całą dzielnicę Baixa. Bilet na przejazd windą kupiony u konduktora to koszt 5,30EUR. Zawiera on dwa przejazdy windą oraz wstęp na punkt widokowy. My osobiście z atrakcji nie skorzystaliśmy, ponieważ uznaliśmy, że taka rozrywka to nie dla nas.

Idąc dalej w stronę Praça do Comércio zatrzymaliśmy na obiad. Restauracja serowowała jedno z tradycyjnych i najbardziej rozpoznawalnych portugalskich dań, czyli Francesinha. Francesinha jest to danie fast-foodowe składające się z chleba , twardej szynki linguiça, świeżej kiełbasy, steka lub pieczonego mięsa, posypana żółtym serem i grubej warstwy sosu pomidorowo-piwnego. Zazwyczaj podaje się ją z frytkami.

Nie wiem czy to kwestia przyrządzenia dania w tej konkretnej restauracji, czy smakuje ona tak wszędzie, ale zdania co do smaku są podzielone. W moje gusta zdecydowanie to nie trafiło, smakowało jak studenckie danie "wkładam do garna wszystko co akurat znajdę w lodówce". Jednak reszta ekipy była na TAK!

Z pełnymi brzuchami wybraliśmy się na Praça do Comércio, nazywany także Placem Handlowym. W przeszłości nosił nazwę Terreiro do Paço,czyli Plac Pałacowy. Głównym elementem placu jest pomnik Józefa I oraz Łuk Triumfalny. W budynkach otaczających plac mieszczą się obecnie m.in. Ministerstwo Sprawiedliwości, a także najstarsza kawiarnia w Lizbonie – Cafe Martinho da Arcada.

Spacerując wąskimi uliczkami poszliśmy na punkt widokowy Santa Luzia, skąd rozpościerał się wspaniały widok na wybrzeże Lizbony. Mury tarasu oblegane przez turystów zachwycających się niesamowitym widkiem na czerwone dachy budynków oraz słońce chylące się ku zachodowi.

Widok ten tworzył bardzo romantyczny klimat. Idealne miejsce na randkę. Zatrzymaliśmy się tutaj na chwilę, aby oddać się zadumie i poraz kolejny spróbować jak najlepiej zapamiętać daną chwilę.

Ruszyliśmy w stronę domu, mijając po drodzę główny kościół Lizbony, katedrę Se. Pełna nazwa katedry to Katedra Najświętszej Maryi Panny.

Wąskie uliczki stolicy są bardzo wyjątkowe. Specyficzny klimat tworzą niezwykłe murale zdobiące lizbońskie kamienice.

Zanim dotarliśmy do domu zatrzymaliśmy się na jednego drineczka w jednym z napotkanych barów. Tuż przy Armazéns do Chiado zebrał się tłum gapiów, aby posłuchać jednego z lokalnych grajków, który próbował rozruszać swoją muzyką odrobinę sztywnych gapiów.

Po długim i wyczerpującym dniu wróciliśmy do mieszkania, aby wypocząć przed następnym dniem.


Dzień 2

Dzisiejszego dnia mieliśmy zaplanowaną podróż do Sintry, w związku z czym pobudka była zaplanowana na 7.00 rano, aby zdarzyć na pociąg. Planowo mieliśmy wyruszyć o 9.00, jednak poranki nie są naszą najlepszą porą dnia. Mieliśmy drobny poślizg, przez co w pociągu znaleźliśmy się dopiero o 10.00.

Jako, że nie zdarzyliśmy na planowany pociąg musieliśmy trochę pokomplikować sobie życie i dojechać metrem na inną stację kolejową, aby już więcej nie marnować dnia. Bilet w tą i z powrotem kosztował 5EUR od osoby. Można było zaoszczędzić 0,5EUR na bilecie posiadając pusty "kartonik". My na swoich mieliśmy już zakodowane bilety więc musieliśmy zapłacić pełną kwotę.

Przejazd trwał 30min. Stacja kolejowa w Sintrze znajduje się 20minut spacerkiem od Pałacu Narodowego. Wybierając drogę pieszą należy mieć na uwadzę fakt, że Sintra podobnnie jak Lizbona jest pagurkowatym miastem i niektórzy mogą mieć problem z dłuższym przemieszczaniem się po nim. W takich sytuacjach na ratunek przychodzą przewoźnicy tuk tuków, czy atobusów oferujących przejazdy "hop on, hop off". My jednak wybraliśmy drogę pieszo.

Wybraliśmy się w stronę wcześniej wspomnianego Pałacu Narodowego. Nie wchodziliśmy jednak do środka, ponieważ nie był on na naszej liście Must see tego dnia. Będąc w Sintrze chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć Quinta da Regaleira oraz Pałac Pena, dopiero w momencie jeśli zostanie nam czas wolny wtedy będziemy myśleć gdzie jeszcze się udać.

Rezydencja #QuintaDaRegaleira wybudowana została niecały 1km od Pałacu Narodowego. Zbliżajac się coraz bliżej do wejścia naszym oczą pomału zaczynały ukazywać się fragmenty niesamowitego parku otaczającego pałac, obrośniętego palmami, spośród których dostrzec można strzeliste wierzyczki willi.

Wstęp do całego kompleksu wynosi 10EUR od osoby. Patrząc na to ile czasu spędziliśmy w rezydencji i jej parku warto przeznaczyć sobie na to miejsce nie mniej niż 1h. Kupując bilet przy kasie otrzymacie rónież mapę parku, która przydała nam się nie raz żeby nie zabłądzić, więc nie wyrzucajcie jej!

Główną atrakcją parku jest Studnia Inicjacji (znana również jako Studnia Wtajemniczenia lub też Odwrócona Wieża), z której nie pobierano nigdy wody, a którą wykorzystywano do odprawiania masońskich rytuałów oraz Kaplica Trójcy Przenajświętszej udekorowana krzyżami templariuszy. Ponadto w parku można znaleźć sieć podziemnych tuneli.

Jednak żadna ozdoba parku nie może równać się z sama rezydencją, znaną także jako "Pałac Milionera Monteiro". Nazwa ta nawiązuje do nazwiska pierwszego właściciela pałacu, bogatego kupca pochodzenia brazylijskiego i handlarza kawą. Willa wraz z otaczającym ją parkiem była budowana przez 14lat.

Pałac znajduje się tuż przy wyjściu z parku, dlatego warto zostawić go jako ostatni punkt wycieczki po obiekcie.

Dla zwiedzających zostało udostępinione tylko kilka sal, m.in. sale gościnną, gabinet łowiecki, sypialnie, czy palarnie.

Po około 2h zwiedzania zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy, w związku z czym opuściliśmy Quinta da Regaleira. Czekała na nas 5km podróż w górę i w dół w stronę Pałacu Pena, warto wspomnieć, że owy pałac uznany został za jeden z siedmiu cudów Portugalii. Po kilku minutach podjechał do nas lokalny przewoźnik i zaproponował podwózkę prosto do zabytku za 5EUR od osoby. Długo nie trzebabyło nas namawiać. Nie chcąc tracić czasu i energii przystaliśmy na warunki i już po chwilii siedzieliśmy w czarnym busie.

Przejażdżka trwała około 30minut, ponieważ Pan kierowca chciał nam również pokazać trochę miasta. Zza szyby samochodu, ale to zawsze coś. Gdy dotarliśmy na miejsce podziękowaliśmy za przejazd i zapisaliśmy numer kierowcy, w razie potrzeby w powrotnej drodze.

Bilety do następnej atrakcji można było kupić w okienku kasowym albo w automatach. Z tymże kupując bilety w automatach należy mieć na uwadzę, że płatność jest możliwa tylko i wyłącznie za pomocą karty. Poza cenami biletów zróżnicowanymi ze względu na wiek, mamy jeszcze do wyboru opcję wejścia jedynie do ogrodu (7EUR) oraz ogród + pałac (14EUR). My wybraliśmy opcję nr 2.

Od kas do pałacu prowadzi ścieżka przez park, niestety trochę Was zasmucę, ok. 700-900m pod górkę. Żeby zwiedzić dzieciniec pałacu i jego mury oraz wypić kawkę w pałacowej kawiarni, wystarczy wykupić bilet w za 7EUR.

Nie wiem czy lubicie fantastykę, ale bardzo często w książkach, filmach czy bajkach można spotkać się z zaklęciem tworzącym barierę niewidzialności nad obiektem. Widok wyłaniającego się spomiędzy drzew pałacu, sprawiał dokładnie takie wrażenie. Jakby któreś z Nas zdjęło zklęcie i pozwolono nam przeniknąć zasłonę. Wszystko spotęgowało pięknie świecące Słońce, którego promienie delikatnie przebijały się przez gałęzie.

Gdy dotarliśmy na podzamcze zza zakrętu ukazała się niesamowicie zdobiona brama wejściowa, wyglądająca na wyciętom prosto z bajki Disney'a. Naszym ohom! i ahom! nie było końca. Pomimo, że były to moje drugie odwiedziny #pałacuPena, wywarł on na mnie dokładnie takie samo wrażenie jak za pierwszym razem i jeśli będę miała okazję pojechać tam jeszcze raz, to z miłą chęcią to zrobię.

Każda jedna brama, drzwi, czy okiennice były niesamowicie zdobione. Wszystko razem tworzyło niesamowicie spójną i doskonale przemyślaną całość.

Skoro wykupiliśmy bilet z opcją "pałac" należałoby też ten pałac zwiedzić. Podróże poza sezonem mają swoje plusy i minusy, jednym z wielkich plusów (moim ulubionym) jest niewielka ilość turystów. W tym roku dołączyła do tego pandemia, co dało praktycznie pusty obiekt. Ostatnim razem jak odwiedzałam Pałac Pena nie dość, że wszyscy poruszali się tip-topami, to do tego deptali sobie po piętach, a byłam wtedy w marcu, czyli także poza sezonem.

W środku rezydencji zwiedziliśmy m.in. sypialnie królewskie, pokoje gościnne, kaplicę, kuchnię itp. Ogólnie dużo pomieszczeń i dużo dekoracji zarówno tych pięknych, jak i tych kiczowatych przyprawiających o zawrót głowy.

Było już po godzinie 14.00, w związku z czym postanowiliśmy ruszyć pomału w stronę centrum na obiad, tym bardziej, że czekało nas 1,5h marszu. Drogę powrotną wybraliśmy przez pałacowe ogrody. W tym momencie zdecydowanie przydałaby się mapa obiektu, ponieważ pomimo google maps zabłądziliśmy. Dzięki temu odwiedziliśmy części ogrodu do których byśmy nie zajrzeli spiesząc się na obiad.

Po przejściu prawie 20tys kroków dotarlśmy ponownie do cywilizacji. Nasz obiadowy wybór padł na restaurację Sintra Terrace. Do restauracji przynależy spory teras z widokiem rospościerającym sie na Sintrę, w tym na majestetyczny biały budynek Pałacu Narodowego.

Niestety dla nas miejsca na balkonie zabrakło, więc rozsiedliśmy się wewnątrz restauracji. Zamówiliśmy burgery oraz żeberka. Nie wiem skąd ocena ponieżej 4.0 w google?! Naszym zdaniem jedzenie było bardzo dobre. Przepyszna panierka, idealnie wysmażone kotlety w hamburgerach, smaczne sosy i do tego uczciwe porcje. My z czystym sumieniem polecamy wszystkim odwiedzającym Sintrę!

Szczęśliwi po całym dniu wrażeń, powolnym krokiem ruszyliśmy na dowrzec kolejowy. Zmęczeni całym dniem myśleliśmy, że czeka nas już tylko droga z górki (tak zapamiętaliśmy trasę, gdy przyjechaliśmy do Sintry), nic bardziej mylnego. Na ostatniej prostej naszym oczom ukazało się z milion schodków! Oczywiście w rzeczywistości aż tak dużo ich nie było, ale po całym dniu chodzenia w górę i w dół droga wydała nam się istną męczarnią.

Jak wspaniałym widokiem był wtedy nadjeżdżający pociąg, w którym już za kilka chwil rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach. Podróż powrotna różniła się odrobinę od drogi do Sintry. Razem z nami do pociągu weszło kilku policjantów. Grupy policyjne zmieniały się co kilka stacji i pozostały do ostatniej stacji w Lizbonie, jaką była Lizbona Rossio.

Do mieszkania pozostało już tylko 900m. Zgadnijcie co to było za 900m?! Tak, dobrze myślicie! 900m najbardziej wykańczających schodów. Na podsumowanie całej przebytej trasy, na szczycie najwyższych na świecie (w tamtym momencie takie dla nas były) schodów zatrzymaliśmy się w małym barze na drineczka. Na osłodę trafiliśmy na Happy Hour! Nie mogło być lepiej.

Na lepszy sen rozlaliśmy po lampcę orzeźwiającego, portugalskiego wina Verde.


Dzień 3


Ostatni, pełny dzień przygód w Lizbonie. Ostatniego dnia zaplanowaliśmy wizytę w dzielnicy Belem. Nareszcie bez spinki, że nie zdąrzymy na jakikolwiek transport mogliśmy pozwolić sobie na większy luz po przebudzeniu. Po pożywnym śniadanku oagrneliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Do Belem mieliśmy 1,5h drogi spacerem, dlatego pojechaliśmy na miejsce tramwajem. Jeśli macie możliwość kupienia po drodzę biletu w biletomecie to zróbcie to, ponieważ w tramwaju bilet kosztował 2x więcej, czyli 3EUR!

Zaniem jednak dotarliśmy na przystanek zachaczyliśmy o Różową ulicę. Zdecydowanie jeśli nie macie tego miejsca po drodzę, nie planujcie specjalnej wycieczki by zobaczyć ulicę lubianą przez instagramerów. Ulica okazała się typowym przykładem "oczekiwania vs. rzeczywistość"! Na szczęście my nie musieliśmy zbaczać z trasy, ponieważ była ona po drodzę.

Wysiedliśmy tuż pod samym Klasztorem Hieronimitów. Jest to kolejny obiekt uznany za jeden z siedmiu cudów Portugalii. W klasztorze znajdują się groby króla Manuela I i jego żony Marii Aragońskiej oraz króla Jana III i jego żony Katarzyny Habsburg. Są tam też nagrobki żeglarza Vasco da Gamy (1468-1523) i pisarza Luisa de Camõesa. W arkadach klasztoru spoczywa najsłynniejszy portugalski poeta Fernando Pessoa. Bilet do klasztoru kosztuje 5EUR.

W klasztorze mieści się także muzeum archeologiczne, do którego wstęp wynosi 10EUR. Jeśli chcemy zwiedzić obydwa obiekty można kupić biet łączony i zaoszczędzić 3EUR.

Ze względu, że ja już klasztor odwiedziłam podczas poprzedniej wyprawy postanowiłam odpuścić tą trakację. Daniel nie jest fanem architektury, dlatego również spasował. Na placu boju zostali P i T.

Na czas rozdzielenia razem z Danielem wybraliśmy się do kawiarni sąsiadującej z klasztorem, Pasteis de Belem. To właśnie tutaj sprzedaje się sławne babeczki Pastéis de nata. Oczywiście, możecie je kupić nie tylko tutaj. Są dostępne praktycznie w każdej piekarni, ale to właśnie w tej kawiarni sprzedawane są babeczki wypiekane wg. starej receptury zakonników, która została od nich wykupiona po likwidacji klasztoru.

Delikatnie irytującą rzeczą w kawiarni był brak zwykłych menu. Możliwe, że to kwestia przyzwyczajenia, ale cyfrowe menu do mnie nie przemawiają. Co w sytuacji, gdy nie masz w danym momencie dostępu do internetu? Musisz biegać po całym obiekcie żeby znaleźć menu wywieszone gdzieś na ścianie. Słabo!

Uraczeni kawką i pysznymi łakociami postanowiliśmy poczekać na naszym towarzyszy podróży na ławeczce w parku, znajdującym się na wprost klasztoru. Szumiąca woda w fontannie, śpiew ptaków, cisza i spokój. Istny relaks!

Gdy byliśmy ponownie w komplecie przyszła pora na kolejną atrakcję, Pomnik Odkrywców. Konstrukcja mierzy 52 metry wysokości i przedstawia ważne postacie z okresu wielkich odkryć geograficznych, zarówno żeglarzy, jak i naukowców i misjonarzy. Na samym szczycie pomnika jest mały taras widokowy, na który nam nie udało się niestety dostać. Przed pomnikiem położona jest marmurowa mozaika o średnicy 50 m, przedstawiająca mapę i trasy podróży portugalskich odkrywców.

Spacerując wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do następnego z siedmiu cudów Portugalii, Torre de Belem. wieża odgrywała rolę strażnicy lizbońskiego portu, stała się także punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy i symbolem morskiej potęgi Portugalii. W okresach późniejszych, pełniła funkcję więzienia, w którym w podmakających pomieszczeniach przetrzymywano więźniów politycznych. Z ciekawostek warto wspomnieć, że w wieży przez dwa miesiące więziony był generał Józef Bem, twórca Legionu Polskiego w Portugalii.

Wydawałoby się, że zobaczyliśmy tak mały fragment miasta, a dotychczasowe zwiedzanie zabrało nam już kilka godzin. Pomału zaczynała zbliżać się pora obiadowa, dlatego ruszyliśmy dalej. Wsiedliśmy ponownie w tramwaj i dojechaliśmy do Estação Sto. Amaro, by dalej dojść do LX Factory.

#LXFactory powstało w starych budynkach dawnych fabryk. Znajdziecie tam najróżniejsze kawiarnie, restauracje, a nawet designerskie butiki. Jest to idealne miejsce dla fanów nocnych marketów i temu podobnych miejsc. Ściany dawnych ruin zdobią nietuzinkowe murale.

Od najbardziej futurystycznych po postaci historyczne. Pośród których można znaleźć miedzy innymi Fridę Kahlo.

Obeszliśmy wszystko do okoła, aby najpierw przeczesać teren i poszukać najbardziej pasującej nam, na tamtą chwilę, restauracji. Ostatecznie wybraliśmy jedną z pierwszych, która znajduje się praktycznie przy samym wejściu na teren obiektu.

Razem z P wybrałyśmy do zjedzenia hamburgeram, i tak jak poprzednio dostałyśmy wołowego kotleta, z tym że teraz znajdował się on na toście. Daniel wraz z T wybrali z menu opcję mięso z mięsem. Niestety nie pokaże Wam jak danie wyglądało, ponieważ zdarzyli zjeść zanim przypomniałam sobie o zrobieniu dla Was zdjęcia.

Jedzenie było dobre, ale drinki nie powalały niestety z nóg. Po obiadku na deser wybraliśmy się na kilka piwek do jednego z kraftbaru, który również znajdował się w LXFactory. Nie był to kraftbar jaki zazwyczaj można znaleźć w większych polskich miastach, ponieważ do wyboru było zaldwie 7 kranów. Zawsze lepsze to niż nic!

Bar był niewielkich rozmiarów, jednak rozpościerał się z niego doskonały widok na jeden z najbardziej rozpoznawalnych mostów Lizbony, czyli Most 25 kwietnia.

LX Market nie byłby typowym lizbońskim miejscem, jeśli zabrakłoby sklepu z sardynkami.

Jako, że był to nasz ostatni wieczór w Lizbonie, po powrocie w nasze okolice zrobiliśmy szybkie zakupy na śniadanie i ruszyliśmy dalej na podbój lizbońskich barów. Przypominam, że była to niedziela i do tego w czasach pandemii oraz wszechobecnych obostrzeń, ludzi w barach można było policzyć na palcach jednej ręki. Bardzo często zdarzało się, że byliśmy jedynymi gośćmi. Muszę przyznać, że był to smutny widok.


Dzień 4


Ostatni dzień, a raczej pół dnia. O godzienie 17.00 mieliśmy zaplanowany wylot z lotniska w Lizbonie, co dawało nam jeszcze dobre kilka godzin zwiedzania. Wymeldowanie mieliśmy umówione do godziny 11.00. Sporo czasu żeby zdarzyć się spakować rano. Po opuszczeniu mieszkanka pierwszą rzeczą jaką zrrobiliśmy było pozostawienie walizek w przechowywalni bagażu. Za 3h zapłaciliśmy 3,5EUR od walizki.

Ostatnim punktem naszej wycieczki był Zamek św. Jerzego. Jak to w Lizbonie bywa, trasa ponownie prowadziła raz w dół, raz w górę. Dobrze, że byliśmy bez żadnego balastu. Po dotarliśmy na miejsce uznaliśmy, że jednak nie wchodzimy do środka. Było to ponownie miejsce, które odwiedziłam podczas swojej poprzedniej wyprawy do Portugalii i zdecydowanie nie uważałam go za obiekt, który chciałabym zobaczyć jeszcze raz. Reszta grupy uznała, że jednak nie kręcą ich ruiny i wolą ostatni raz pokręcić się wąskimi uliczkami.

Przylatując do Portugalii T wspominał, że w Lizbonie jest kawiarnia stylizowana na lizboński tramwaj 28 i chciałby ją odwiedzi. Jednogłośnie uznaliśmy to za fajny i pomysł i przystaliśmy na ten pomysł. Oczywiście nikt z nas nie sprawdził lokalizacji kawiarni. Dodatkowo natłok wrażeń spowodował, że całkowicie zapomnieliśmy o atrakcji.

Nie wiecie jak byliśmy zaskoczeni, gdy spacerując ostatniego dnia randomowymi uliczkami mineliśmy dokładnie TĄ kawiarnię! Nie mogliśmy przejść obok niej obojętnie. Bez zastanowienia wszyscy weszliśmy do środka na małą kawkę i przepyszne Pastéis de nata.

Teoretycznie było dopiero po 13.00, ale z drugiej strony zaraz będzie trzeba odebrać bagaż i jechać na lotnisko, więc nie będzie gdzie zjeść obiadu. Zaszyliśmy do restauracji Catoo da Vila, w której jadłam podczas poprzedniej wycieczki. Trafiliśmy na menu lunchowe za 10,5EUR W skład którego wchodziła zupa, danie główne oraz napój (wino albo soft).

Jako danie głównę zamówiliśmy burgera, dorsza w sosie śmietanowym oraz makaron z bakłażanem. Jedzenie było smaczne, jednak zapamiętałam je lepiej niż rzeczywiście smakowało. W sumie przez prawie 3 lata mógł się zmienić kucharz. Nie wnikam.

Po obiedzie i odebraniu walizek, zostało już tylko 30min w metrze i byliśmy na lotnisku. Jak smutną chwilą było pożegnanie ze słoneczną Portugalią. Mam mandzieje, że do szybkiego zobaczenia!

132 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

72h we Lwowie