• Sand_traveltheworld

Afryka po raz pierwszy, czyli tęczowe Maroko

Zaktualizowano: 25 lis 2021

Dlaczego Maroko?!


Ostatni rok był jednym z najcięższych lat odkąd jesteśmy razem. Po osatniej naszej podróży do Portugalii, która miała miejsce prawie rok temu, rząd wprowadził kolejny lockdown, zamykając tym samym nasze źródło dochodu, przez co byliśmy odcięci całkowicie od podróży. Zdecydowanie nie jestem osobą, która lubi siedzieć w zamknięciu! W kwietniu zabraliśmy się z Danielem za przygotowywanie baru do sezonu letniego i ze zniecierpliwieniem czekaliśmy na zniesienie obostrzeń i powrót do normalności (o ile obecny stan można tak nazwać).

Pracując od kwietnia dzień w dzień tym bardziej czekaliśmy na chociaż kilka dni upragnionego urlopu, dlatego postanowiłam poszukać nam nowej destynacji, którą warto odwiedzić. Wybór padł na Maroko, a dokładniej na jedno z najpopularniejszych miast, czyli Marakesz.

Dlaczego akurat ten kierunek? Po prostu zawsze chciałam odwiedzić to państwo, a znaleźliśmy stosunkowo tanie bilety i akurat ponownie otworto granice po covidowym lock downie.

Do Marakeszu lecieliśmy z Berlina, linią (tu zapewne nikogo nie zdziwię) RyanAir. Bilety w dwie storny, razem z małym 10kg bagażem zapłaciliśmy ok 400PLN od osoby. Mogliśmy kupić je ponad 100pln taniej, ale mieliśmy mały problem z płatnością i na drugi dzień bilety zdarzyły już podrożeć. No cóż i tak wyszło nie drogo.

Nocleg nie mógł być w innym miejscu jak typowym, marokańskim Riadzie! Rezerwacji dokonaliśmy przez stronę booking.com. Nasz wybór padła na Riad Dar Beldia and Spa. 4 Noce dla 2 osób kosztowały nas 115EUR. Do tego w cenę wliczone było śniadanie oraz transfer taksówką z lotniska. Oferta z której ciężko nie skorzystać!!


Odrobina formalności


Podróżując do Maroka nie potrzebujemy wizy, jedyną wymaganą formalnością na ten moment jest Passenger Locator Card (tutaj). Fiszkę należy mieć wydrukowaną. Nie martwcie się jeśli o niej zapomnicie, wydłuży to jedynie Wasz pobyt na lotnisku w Maroku, ponieważ po przylocie do Marakeszu dostępne były także na lotnisku dla wszystkich zapominalskich.

Kolejną rzeczą, o której (tym razem) nie możecie zapomnieć jest paszport Covidowy! Należało go dodać do swojego konta podczas odprawy, następnie patrzyli także na niego przed wylotem jak i po przylocie. Szczerze nie wiem czy wersja elektroniczna jest także akceptowana, ponieważ my mieliśmy wszystko wydrukowane.


Waluta


Walutą obowiązującą w Maroku jest Dirham Marokański. Aktualnie 1MAD, na chwilę obecną, wart jest ~0,44PLN. Na wyjazd najlepiej zabrać ze sobą EUR i wymienić na miejscu na lotnisku, w banku albo w kantorze. Drugą opcją jest karta typu Revolut. Jedynym minusem korzystania z karty była opłata za wybranie pieniędzy z bankomatu (kartą praktycznie NIGDZIE nie można było płacić), zazwyczaj korzystaliśmy z bankomatów banku Credit Agricole. Działał on najsprawniej, a jednorazowa opłata, niezależnie od wybieranej kwoty, wynosiła 22MAD.


Pamiętnik z wakacji


Dzień 1

Samochód zostawiliśmy tradycyjnie na parkngu MC Parking. Znajduje się on ok. 5-10min autobusem od lotniska. Nie obawiajcie się, że będziecie musieli szukać przystanków. Parking zapewnia autobusy dla swoich klientów, odjeżdżają co 20min spod parkingu. Za 4dni postoju na niezadaszonym parkingu zapłaciliśmy 39EUR, była jeszcze możliwość zostawienia auta pod "dachem" i kosztowało to 10EUR drożej.

Odprawa i wszystkie pozostałe procedury lotniskowe poszły szybko i sprawnie, pomimo ogromnej ilości osób na lotnisku trwało to może 10min. Żeby za pięknie jednak nie było nasz lot był opóźniony 30min. RYAN AIR <3

Żadnych turbulencji, ani przygód w samolecie nikt z nas nie miał. Za dużo z lotu też nie za bardzo pamiętamy, bo wszyscy zasneliśmy jeszcze zanim samolot zdarzył się wzbić w powietrze xD

Nie wiem czy też tak macie, ale uwielbiam to uczucie, gdy wysiadając z samolotu uderza we mnie cudowne ciepłe powietrze, a w oczy razi przepiękne Słońce. Od razu czuje ogromny napływ endnorfin!

Na lotnisku wszystkie procedury papierkowe również poszły bardzo szybko i sprawnie. Jednak w tym momencie wkraczam JA ze swoim roztrzepaniem i nieogarem!! Przeszyliśmy już przez wszystkie bramki, sprawdzili nam dukumenty covidowe itd. i nagle zaglądam do kieszonki w plecaku, a tam NIE MAM PASZPORTU!! Zaczeła wzrastać we mnie panika! Przetrzepuje cały plecak, bo przecież pamiętam, że tam właśnie go wsadziłam i NIC, nie ma go. Spanikowana podchodzę do obsługi lotniska i mówie, że nie mogę znaleźć paszportu, a dopiero co go miałam czy mogę się cofnąć, aby go poszukać. Bez żadnych problemów póścili mnie w drogę powrotną do samolotu. Biegnę żeby zdążyć, pytam po drodzę pracowników czy nie widzieli paszportu, bo chyba zgubiłam. Nagle jedna z pań sprzątających krzyczy za mną "MISS! MISS!", odwracam się do niej z nadzieją, że go znalazła. "You have it in your pocket!"

Tak! Dokładnie tak! Schowałam paszport razem z telefonem do tylnej kieszeni spodni i o tym zapomniałam, a przez to, że miałam tam telefon, kompletnie go nie czułam xD Strzeliłam buraka, bardzo serdecznie Pani podziękowałam i wróciłam do towarzyszów podróży.

Daniel oczywiście wyśmiał mnie od góry do dołu. Jak się okazało, podczas moich szaleńczych poszukiwań paszportu kieszeń moich spodni to było pierwsze miejsce jakie Daniel obstawiał na moją skrytkę.

Tuż przed wyjściem z lotniska znajdowały się 4 bankomaty, z dwóch różnych banków. Jeden z nich nie obsługiwał niestety karty REVOLUT, a do pozostałych była kolejka, więc stwierdziliśmy, że na pewno bez problemu znajdziemy bankomat w mieście. To był błąd! Radzę Wam się nie zastanawiać i brać już kasę na miejscu i nie bawić się od razu w poszukiwanie bankomatów, bo z tym nie wszędzie jest tak łatwo.

Przed lotniskiem czekał na nas taksówarz z karteczką "Sandra". Taksówka z booking.com to świetna opcja dla wszystkich turystów przybywających do Maroka, tym bardziej, że na każdym kroku każdy próbował nas na wszystkim naciągnąć.

Riad Dar Beldia and Spa położony był w świetnej lokalizacji! Znajdował się tuż przy Meczecie Barrima oraz największych atrakcji Marakeszu, czyli pałacu Bahia oraz pałacu El Badii. Dodatkowo podróż z lotniska zajęła tylko 20min, mimo iż był to środek dnia i szczyt na drogach.

W riadzie, jedna z pracwnic hotelu, przywitała nas przepyszną marokańską herbatką, . Jako, że jeden z naszych pokoi nie był jeszcze gotowy, a czas oczekiwania miał zająć 30min-1h, postanowiliśmy skorzystać z tego czasu i odpocząć na słoneczku na tarasie. Widok z tarasu może i nie był zatrważający, ale sam taras był bardzo przytulny i do końca wyjazdu spędzaliśmy na nim wszystkie wieczory.

Oczekiwanie na pokój ciągle się przedłużało i bezsensowne stawało się dalsze czekanie na niego , dlatego wzieliśmy szybko prysznic w gotowym pokoju i ruszyć w miasto. W między czasie przypał nr. 2. Jako, że w Maroku temperatury planowane na czas naszego wyjazdu zapowiadane były bardzo wysokie, nie wziełam ze sobą żadnych długich spodni oprócz tych, które miałam na tyłku (no bo po co?). I przy pierwszej chwili poszłam oczywiście skorzystać z WC.

Jako, że byłam ubrana dość grubo jak na aktualnie panującą pogodę, spociłam się chyba w każdym możliwym miejscu, co zdecydowanie nie ułatwiało ściągnięcia spodni. I oczywiście musiałam rozwalić zamek od spodni. Niby nic wielkiego, ale głupio będzie na lotnisku paradować z ciągle rozpiętym rozporkiem xD Postanowiłam się jednak na tą chwilę tym nie przejmować i wymyślić coś później.

Pierwszym naszym celem okazało się poszukiwanie bankomatu. Niestety początkowo nie okazało się to wcale takie łatwe, dlatego powtarzam, że wybierzcie sobie część kasy na lotnisku, a resztę dopiero na mieście, żeby nie marnować czasu tak jak my. Wracając więc do marnowania czasu, pomimo ściągniętych map offline, które bardzo polecam błądzliśmy w uliczkach szukając wcześniej wspomnianych bankomatów, postanowiliśmy zapytać nawet przechodniów, jednak nie byli zbyt chętni do pomocy. Aż natrafiliśmy wkońcu na jedną dobrą duszę (tak nam się wtedy wydawało), która postanowiła zaprowadzić nas do upragnionego celu.

Próba wybrania gotówki z bankomatu była nr.3 w moich przypałach, zapytacie "a co takiego mogłam znowu odwalić?". Już Wam opowiadam. Podeszliśmy do pierwszego bankomatu, który wyglądał jak bankomaty w Polsce sprzed 20lat. Rozklekotany z każdej strony, na wyświetlaczu wpisywane cyfry nie trafiają w dedykowane dla nich okienka. Ogólnie w Polsce nigdy bym z takiego bankomatu pieniędzy nie próbowała wybierać, ale jesteśmy w obcym kraju, gdzie to jest normalne. Wracając do meritum. Wsadziłam kartę, wpisuje pin i kwotę, którą chcę wybrać i nic. Próbuję kolejny raz i nic. Pan, który przyprowadził nas do bankomatu stwierdził, że zabierze nas do następnego. No ok. Idziemy. Doszliśmy do kolejnego, który wyglądał jeszcze gorzej od poprzedniego. Sytuacja dokładnie ta sama. W mojej głowie krążą myśli, że to na pewno oszustwo, już mają moje wszstkie dane, ale na szczęście nie mam dużo pieniędzy na tym koncie itd. Po przeciwnej stronie ulicy był bankomat Credit Agricole. Ten bankomat już przecież musi działać! Ostatnia szansa. I sytuacja się powtarza. Tym razem próbę wybrania kasy podjął także Mateusz, który ma kartę Curve, działającym na podobnych zasadach jak REVOLUT, i mu się udaje! SZOK i radość jednocześnie! xD Głodni chcieliśmy podziękować naszemu ziomeczkowi za pomoc i pójść coś zjeść. On jednak postanowił nas zaprowadzić do znajomej restauracji. Jako, że byliśmy mu wdzięczni za pomoc postanowiliśmy skorzystać z jego dalszego przewodnictwa, chociaż muszę przyznać, że zaczynał nas odrobinę denerwować swoją nachalnością.

W restauracji, w której przycupneliśmy, ceny były bardzo podobne do cen w polskich restauracjach, czyli nie jakoś super tanio, czego się spodziewaliśmy. Nasz ziomeczek nas pożegnał i zaproponował abyśmy wpadli do niego na stragan jak skończymy. Jako, że była niedziela, a właśnie w niedzielę czynny jest targ z przyprawami.

Plusem turystycznej restauracji było WIFI dostępne dla turystów (tak wiem, że nie powinnam się logować na swoje konto bankowe przez publiczną sieć). Mogłam na reszcie zerknąć na swoje konto, aby sprawdzić co się z nim wydarzyło, że nie mogłam wybrać pieniędzy. Powiedziałabym, że na pewno nie zgadniecie, ale powód okazał się aż nazbyt oczywisty xD Kod pin, którego tak bardzo byłam pewna, okazał się kodem błędnym! Sama nie wiedziałam czy mam śmiać się czy płakać xD

Na obiad każdy z nas zamówił Tadżin (Judyta i ja wybrałyśmy opcję z kurczakiem, chłopaki wybrali wołowinę) wraz z świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym. Niestety, ale nasze dania okazały się bardzo przepłacone. Tzn. były w miarę ok, ale zdecydowanie nie za tę cenę! Chociaż wiedzieliśmy, aby ponownie tam nie wracać. Dodatkowo restauracja zajdowała się przy dość ruchliwym placu, przez co ciągły zgiełk zabierał całkowitą przyjemność z jedzenia. Ponadto, co chwilę do stolików podchodzili uliczni grajkowie prosząc o pieniądzę, czego ja bardzo nie lubię. Ale wróćmy do sprawy z bankomatami.

Po skończonym obiedzie nasz ziomeczek wyrósł jak spod ziemi, aby zaprowadzić nas do swojego stoiska z przyprawami. Mimo, że chcieliśmy się go pozbyć, aby móc iść zwiedzać wg. własnego uznania poszliśmy za nim w ramach wdzięczności. Na miejscu jego pracownik zaczął nas z każdej strony zasypywać przyprawami, herbatami, kosmetykami, dosłownie wszystkim co miał. Nie ukrywam, że czułam się jak w raju xD

Razem z Mateuszem zdecydowaliśmy się na Marokańską herbatkę. Dodatkowo Mati wybrał jeszcze mieloną ostrą paprykę, a ja maseczkę na twarz i wodę różaną oraz zapachy w kostce do szafy (możliwe, że było coś jeszcze, ale nie pamiętam). Jak już skończyliśmy wybierać Pan sprzedawca zaczął wszytko ważyć i nabijać cenę. Razem z Matim patrzymy na ekran kalkulatora i nie jesteśmy pewni czy tam jest przecinek czy nie. Okazało się, że nie! Zgadnijcie ile chcieli od nas za 2 woreczki na herbatę?! Ponad 200PLN! Tak dokładnie. Ponad dwieście polskich złotych! Zrobiliśmy na siebie wielkie oczy i od razu przeprosiliśmy i powiedzieliśmy, że dla nas to za dużo i dziękujemy, ale nie kupimy tego. I tutaj niestety, ale ton rozmowy już nie był taki miły. Sprzedwaca próbował nam wcisnąć chociaż jeden woreczek na pół, ale jednogłośnie stwierdziliśmy, że podziękujemy. Ostatecznie zakupy skończyły sie na woreczki mielonej papryki i maseczce do twarzy. Muszę przyznać, że była to bardzo niekomfortowa sytucja. Z jednej strony czuliśmy wdzięczność do sprzedawcy za pomoc w poszukiwaniu bankomatu, ale z drugiej strony perfidnie próbował nas naciągnąć w swoim sklepie. I nie było tutaj wcale mowy o jakimkolwiek targowaniu się, które oni podobno tak bardzo lubią.

Wyszliśmy z targu najszybciej jak się dało, aby móc jeszcze tego dnia zwiedzić chociaż jedno miejsce. Rozważaliśmy odwiedzenie dwóch miejsc z listy: Nekropolii Sadytów oraz Pałacu El-Badi.

Pierwsze z miejsc czynne było do 16:30, a wejście kosztowało 70MAD (~30PLN). Czy było warte swojej ceny? Nie powiem Wam, bo zrezygnowaliśmy jednak z tej "atrakcji" i poszliśmy do pałacu. Szukając wejścia natrafiliśmy na kolejnego życzliwego tubylca, który powiedział, że pałac jest w remoncie, przez co jest zamknięty i konieczne powinniśmy iść na targ przypraw. Targu mieliśmy już zdecydowanie dość, a co do remontu pałacu- okazało się to ściemą, ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero od pracownika hotelu, gdy wieczorem do niego wróciliśmy.

Wracając do opowieści. Skoro nie atrakcja numer 1, ani numer 2, niech będzie numer 3, czyli Pałac Bahia. Zabytek czynny jest do godz. 17:00, a wstęp kosztuje także 70MAD (~30PLN).

Pałac został został wzniesiony w 1859 roku przez Si Musę, wielkiego wezyra sułtana Alaouite Muhammada ibn Abd al-Rahmana, a następnie ozbudowywany przez jego syna Si Ba Ahmeda ibn Musę, wielkiego wezyra sułtana Moulay Abdelaziz.

Po śmierci Ba Ahmeda jego pałac stał się własnością królewską. Zaledwie kilka godzin po jego śmierci sułtan Abdelaziz (który następnie przejął pełną władzę nad krajem) podobno nakazał splądrować pałac. W 1908 Madani el-Glaoui, brat Thami el-Glaoui, przejął kontrolę nad pałacem i używał go do przyjmowania zagranicznych gości.

W 1912, po ustanowieniu francuskiego protektoratu w Maroku, pałac został przekształcony w rezydencję francuskiego generałarezydenta ( Lyautey). Po odzyskaniu niepodległości przez Maroko pałac, zanim został przekazany marokańskiemu Ministerstwu Kultury, był ponownie wykorzystywany jako rezydencja królewska dla króla Mohammeda V.

Dziś pałac jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych w Maroku. Pałac wciąż jest w użytku przez króla Maroka do przyjmowania zagranicznych dygnitarzy lub organizowania imprez.

Uważam, że jest to zdecydowanie miejsce warte odwiedzenia. Świetnie zachowany budynek, doskonale oddający marokańską architekturę. Dodatkowym atutem tego miejsca jest cudowny ogórd , dający chwilę wytchnienia podczas wszechogarniającego upału.

Kiedy opuszczaliśmy Pałac Bahia było już po godzinie 17:00, w związku z czym wszystkie zabytki, ogrody itp. były już zamknięte postanowiliśmy odwiedzić najpopularniejszy plac w Marakeszu- Dżami al-Fana. I chyba to był błąd!

Wchodząc na plac od strony głównej ulicy nie sposób nie dostrzec ustawionych multum bryczek czekających na "zmęczonych" turystów, aby zapewnić im nie lada atrakcje, jaką jest przejażdżka po gwarnym mieście. Widok tych bryczek był okropny! Tzn. same w sobie były ładne, ale te wycięczone i wychudzone konie! Gdy mineliśmy strefę bryczek od razu mnie i Judytę dopadła tamtejsza przekupka oferując tatuaże z henny. Grzecznie jej odmówiłyśmy, ale ona nie dawała za wygraną ciągle nas zagadując. Nawet nie wiem kiedy to się wydarzyło, że zaczeła malować wzorek na dłoni Judyty, powtarzając "it's for free, for good luck". Widząc tą sytuację dopadła mnie następna przekupka powtarzając dokładnie ten sam schemat.

Myśląc teraz o całej sytuacji nie wiem jak mogłyśmy się dać tak ograć! Kiedy przekupka skończyła malowanie Judyty dłoni, mimo, iż ona próbowała nie raz wyrwać swoją dłoń marokanka zarządała pieniędzy! I tu nawiązała się kłótnia pomiędzy Paniami. W momencie kiedy Judyta odmówiła zapłaty, tamta zaczeła uprzykrzać się chłopakom, że powinni za nią zapłacić. Na szczęście Judyta asertywnie została przy swoim i skoro miało być za free to za free! Ja niestety okazałam się większym frajerem. Po zakończonym malowaniu, którego nie chciałam i także próbowałam wyrwać rękę, chciałam kobiecie zapłacić chociaż 20MAD, ale ona widząc w moim portfelu więcej gotówki po prostu zabrała mi 100MAD. I tu wywiązała się kłótnia pomiędzy nami. Ja kazałam jej oddać itd. ona krzyczała coś do mnie po arabsku. Ogólnie bardzo niefajna sytuacja. I po całym dniu zmęczenia i wcześniejszych faili dobiła mnie całkowicie. Po tej sytuacji bez chwilii namysłu postanowiliśmy wrócić do hotelu i odpocząć, bo zdecydowanie atrakcji już nam wystarczyło. Plac mineliśmy niemal biegiem, co chwile będąc zaczepianymi przez marokańczyków prowadzących małpy na smyczy i próbujących naciągnąc turystów na najróżniejsze zdjęcia z nimi.

Jeśli mogę Wam coś doradzić po tym dniu. Podróżując do Marakeszu pamiętajcie żeby mieć twardy tyłek! Nie bądźcie miekkimi fajami jak ja, którym jest wszystkich szkoda i chciałabym wszystkim pomóc i zbawiać świat, bo będą tam wykorzystywać na każdym kroku!


PS. Po dotarciu do hotelu i odspanięciu po wszystkich wydarzeniach z całego dnia zaczynało nam pomału burczeć w brzuchach. Teoretycznie mogliśmy zjeść coś na miejscu, ale nie uśmiechało się nam płacić 18EUR od osoby za posiłek, który na mieście możemy dostać 4x taniej. Pod Riadem znajdował się również mały kiosk, jednak on nas w tej sytuacji nie ratował, ponieważ jedynym jedzeniem jakie można było w nim kupić były batoniki i chipsy. Wybór padł na Carrefour, który był oddalony od nas 1h drogi (nic bliżej mapy nam nie pokazywały). Mieliśmy więc do wyboru dwie opcje

  1. przepłacić za kolacje w hotelu

  2. dymać z buta 2km

Wybraliśmy oczywiście opcję nr. 2! Droga mineła stosunkowo szybko. Jak mam być szczera na ulicach kompletnie nie widać było śladów pandemii. Gdy dotarliśmy do celu mocno się zdziwliśmy i nie chodziło tutaj o zajebistość tego sklepu. Doznaliśmy szoku patrząc na ceny! O ile jeszcze pieczywo i słodycze były stosunkowo tanie, bądź porównywalne do cen w Polsce, tak pozostałe produkty były naprawdę drogie! Szperając w lodówkach w poszukiwaniu m.in. żółtego sera, aż nas odepchnęło! Nie wiem kto oznaczał datę do spożycia na tych opakowaniach, ale były one zdecydowanie niepoprawne. Co drugie opakowanie było SPLEŚNIAŁE!! Tak, dobrze czytacie. Na co drugiej paczce sera była zauważalna gołym okiem pleśń.

Odpuściliśmy strefę serową, wybraliśmy w miarę bezpieczne do spożycia produkty, trochę warzyw oraz owoców i wróciliśmy do Riadu.


Dzień 2


Drugi dzień zapowiadał się równie intensywny. Cudownie wyspani i wypoczęci zebraliśmy się w czwórkę na śniadaniu. Pani kucharka zaserwowała nam marokańskie naleśniczki, do tego dwa dżemy do wyboru (truskawkowy oraz brzoskwiniowy), miód, masełko oraz przepyszny marokański chlebek. Jako dodatek do śniadania każdy dostał kawałek ciasta oraz owoc. Takie same śniadanka towarzyszyły nam do końca wyjazdu, jedyną rzeczą, która się zmieniała było ciasto i owoc.

Główną atrakcją dnia był wyjazd na quady, ale to dopiero o 17.00, a do tego czasu chcieliśmy dać kolejną szansę miastu. Wyspani, nie do końca najedzeni, ruszyliśmy odwiedzić Pałac El-Badi, który otwarty jest codziennie od 09:00 do 17:00, wstęp kosztuje 70MAD (~30PLN).

Pałac został wzniesiony na rozkaz sułtana Ahmada al-Mansura z dynastii Saadytów kilka miesięcy po jego wstąpieniu na tron w 1578 roku. Budowa i upiększanie budowli trwały przez większość jego rządów. Służył do organizowania przyjęć i jako prezentacja bogactwa i władzy sułtana. Była to część większego kompleksu pałacowego Saadytów, zajmującego dzielnicę Kasbah w Marrakeszu.

Budowla została zaniedbana po śmierci al-Mansura w 1603 roku i ostatecznie popadła w ruinę po upadku dynastii Saadytów. Jego cenne materiały (zwłaszcza marmur) zostały usunięte i ponownie wykorzystane w innych budynkach w Maroku.

Pomimo, że Pałac El-Badi lata świetności ma już dawno za sobą wciąż wzbudza zachwyt i jest kolejnym miejscem wartym odwiedzenia. Nic dziwnego, że jest kolejnym najczęściej odwiedzanym miejscem w Marrakeszu.

Na kolejnym miejscu z naszej listy do odwiedzenia znajdował się Tajemniczy Ogród. Le Jardin Secret znajduje się w centrum miasta, pośród wąskich uliczek nieopodal Dżami al-Fana. Ogrody otwarte są codziennie od 9:30 do 18:30. Wejście na ich teren to koszt 80MAD (~35PLN).

Pamiętając wciąż bardzo dobrze wydarzenia, jakie miały miejsce na Placu dzień wcześniej, obiecałam sobie, że nie dam się więcej na nic naciągnąć. Gdy ledwo weszliśmy na plac zaczeliśmy być atakowani z każdej strony m.in. przez kobiety oferujące tatuaże z henny. Nie lubię być niemiła, ale z tymi ludźmi nie da się inaczej!

Jak już udało się przejść tę falę plac stał się przyjemnym miejscem. Po drodzę zatrzymaliśmy się nawet przy jednej z budek, aby zakupić świeżo wyciskane soki z granata i pomarańczy. Cena takich rarytasów to zaledwie 10MAD, czyli ok 4,5PLN! Jak tu nie kupic?!

Po dość przyjemnym spacerze dotarliśmy na miejsce. Początki kompleksu sięgają czasów dynastii Saadytów, ponad czterysta lat wstecz. Odbudowany w połowie XIX wieku był domem niektórych z najważniejszych polityków Maroka i Marrakeszu.

Le Jardin Secret jest częścią wielkiej tradycji okazałych pałaców arabsko-andaluzyjskich i marokańskich. Kompleks podzielony jest na dwie części. W pierwszej z nich znajduje się mnóstwo przepięknych drzew i krzewów z całego świata otaczających niewielki basenik. Przyozdobiony został m.in sterta kamieni, pośród których pływały złote rybki. Dopiero po chwili dostrzegliśmy, że kamienie i rybki to nie jedyne co znajduje się w wodzie. Na kamieniach wylegiwały się małe żółwie, których skorupy całkowicie zlewały się z tłem!

Przechodząc do drugiej części naszym oczom ukazuje się piękna altana, wybudowana na środku placu, do okoła której także zostały posadzone najróżniejsze drzewa i krzewy.

Zaczeliśmy pomału robić się głodni, więc jednogłośnie oznajmiliśmy, że wypadałoby zacząć się zbierać, aby zdarzyć zjeść coś przed wyjazdem na quady.

Jako, że poprzedni dzień był pełen wrażeń, długo jeszcze nie mogłam zasnąć. Zaczełam szukać miejsc na tripadvisorze, w których potencjalnie moglibyśmy coś przekąsić. Ku mojej uciesze udało się znaleźć dwa lokale, które miały akceptowalne ceny, dobre opinie oraz akurat zjadowały sie w pobliżu atrakcji zaplanowanych na ten dzień!

Lubię, gdy w takich miejscach, lokale wywieszają swoje menu przed restauracjami, ponieważ bez wchodzenia do środka jesteśmy w stanie stwierdzić, czy lokal nam odpowiada, czy nie. Tym razem pomimo dobrych opinii na wcześniej wspomnianym portalu, menu nas nie zachwyciło. Ponadto od razu zostaliśmy "zaatakowani" przez pracownika restauracji, który bardzo nachalnie próbował nas nakłonić, abyśmy u niego zjedli. W momencie jak zaczeliśmy odchodzić krzyczał za nami, że jesteśmy nieuprzejmi, bo nie chcemy go wysłuchać! Nie wiem jak Was, ale nie cierpię czegoś takiego! Wiem, że tak bywa w takich krajach, że u nich to niby norma, ale ja się do tego nigdy nie przyzwyczaję. Lubię mieć jednak wolny wybór, bez poczucia bycia napastowaną.

Dosłownie kilka metrów dalej ukazały się naszym oczom dwie malutkie budki ze street foodem, czyli to, co lubimyy najbardziej i czego zawsze szukamy! Początkowo trochę się obawialiśmy, czy nasze brzuchy na pewno są na to gotowe. Jednak po krótkiej chwilii zastanowienia Daniel i Mateusz stwierdzili jednogłośnie, że biorą! My z Judytą byłyśmy jednak bardziej zapobiegawcze i poczekałyśmy, aż chłopaki dostaną swoje i będziemy mogły od nich spróbować.

W budkach serwowane było jedno danie w kilku wariantach mięsnych (kurczak, wątróbka, mix) oraz wersja wege. Dodatkowo bułkę, bo wszystko podawane było w przepysznej marokańskiej bułeczce, można było podkręcić serkiem typu hochland oraz jajkiem. Najbardziej wypasiona wersja kosztowała 15MAD, czyli zaledwie 7PLN.

Gdy tylko spróbowaliśmy bułeczek wiedzieliśmy, że to jest zdecydowanie to! Pomimo, że bułki nie wyglądają spektakularnie, to tak smakowały! Bez chwili zastanowienia z Judytą zamówiłyśmy także po bułeczce. Jednak żeby było sprawiedliwie poszłyśmy do budki obok. Nawet nie wiecie jak te bułeczki zrobiły nam dzień!

Do pełni szczęścia brakowało już tylko kawy i chwili odpoczynku. Wracając do riadu, w jednej z wąskich uliczek natkneliśmy się na małą restauracyjkę, w której były zaledwie trzy stoliki. Rzuciliśmy szybko okiem na menu, w którym znaleźliśmy kawę i herbatkę arabską, w związku z czym można było zrobić sobie jeszcze jeden mały postój.

Przyznam, że Panie pracujące w lokalu były przecudowne <3 Zapytaliśmy się czy mają może kawę z mlekiem i Pani potwierdziła. Po czym zobaczyliśmy jak w szybkim tempie wychodzi z restauracji. Po chwilii wróciła niosąc w ręce karton mleka, potrzebny do naszej kawki!

Kierowca przyjechał po nas punktualnie o 17:00. Dlaczego wybraliśmy taką godzinę, a nie wcześniejszą? Głównie ze względu na zachód Słońca, który na pustyni nigdy nas nie zawiódł, ale o tym później. Podróż na Rocky desert trwała ok. 30min. Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazał sie garaż z ogromną liczbą quadów, co potwierdziło tylko nasze przewidywania, odnośnie zainteresowania jakim cieszy się ta atrakcja.

Kiedy wysiedliśmy z busa od razu przywitał nas jeden z pracowników wypożyczalni. Jako, że nikt z nas nigdy wcześniej nie jeździł quadem, na początek dostaliśmy krótkie szkolenie z obsługi maszyn. Wszystkie dostępne quady były w automacie, co zdecydowanie ułatwia jazdę początkującym. Po "szkoleniu" każdemu z nas zostały dopasowane kaski oraz google. Jeszcze chwila śmiechów, chichów i ruszyliśmy.

Pierwsze 30min jazdy niestety, ale było nudne. Pan przewodnik trzymał stałą, nie za dużą prędkość, kazał nam ciągle jechać gęsiego, bez żadnych dodatkowych "atrakcji". Pierwsze 5 minut i Mateusz dostał zjebę, aby nie szalał! Wszyscy mamy jechać jeden za drugim! Gdy dostarliśmy do pierwszego postaju, gdzie mogliśmy się napić i porobić fotki, wszyscy byliśmy delikatnie zdegustowani i jednocześnie przestraszeni, że kolejne 2,5h będą wyglądały tak samo.

Jednak, gdy ponownie wsiedliśmy na quady wycieczka pomału zaczynała się rozkręcać. Delikatnie większa prędkość, poziom trudniejsza trasa. Światełko w tunelu zaczynało świecić! Po kolejnych 30 min dotarliśmy na mały tor przeszkód. W międzyczasie zjebe zdążyłam dostać tym razem ja, za zbyt szybką jazdę! Wracając do meritum. "Kapitan" poprosił, abyśmy z Judytą zeszły z naszych maszyn i dosiadły się do chłopaków.

Po szalonej jeździe wróciliśmy wszyscy na swoje maszyny. Tym razem wszyscy mogliśmy wrzucić pełny gaz (mieliśmy oczywiście ustawiony kaganiec na 50km/h). Pomimo ograniczeń, prędkość była wystarczająca, aby móc poczuć wiatr we włosach i piach w zębach spod kół osoby z przodu . Za czterokołowcami unosiły się tumany kurzu utrudniające na maksa widoczność! Zaczynało już pomału zmierzchać, a my jak na filmach jechaliśmy prosto w stronę czerwonego Słońca. Widok był po prostu niesamowity!! Chyba najpiękniejszy zachód Słońca jaki w życiu widziałam!

Zanim dotarliśmy na ostatni postój, gdzie czekała na nas przepyszna arabska herbatka, zatrzymaliśmy się jeszcze jeden raz na zdjęcia. W międzyczasie dostałam jeszcze kilka razy opiernicz za swoją jazdę. Te podówjne standardy zaczynały mnie już pomału drażnić!

Gdy zsiadaliśmy z quadów pod obozem okazało się, że Judyta złapała kapcia!! Na szczęście po drodzę nikomu nic się nie stało, a awaria szybko została naprawiona.

Zostaliśmy odstawieni do Riadu po 19:00, czyli mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby skoczyć na kolację. Nie mogliśmy się jednak zdecydować, które miejsce wybrać, dlatego uznaliśmy, że pójdziemy zjeść bułeczki, a później wypijemy smoothie w knajpce, w której pracownice tak bardzo urzekły nas kupieniem specjalnie mleka do naszej kawy.

W street foodzie zaskoczyły nas ogromne kolejki lokalsów. Co wg. bardzo często świadczy o tym czy w danym miejscu warto zjeść, czy nie. Na nasz widok kucharze od razu uśmiechneli się od ucha do ucha, a my ponownie podzieliliśmy zamówienie na pół, aby dać zarobić zrówno jednemu jak i drugiemu.

Dzień drugi zdecydowanie zasoczył nas bardzo pozytywnie i pozwolił nam delikatnie zmienić postrzeganie Marakeszu, które zafundowaliśmy sobie po poprzedim dniu. Ponadto kolejny minął kolejny dzień, podcza którego na ulicach ani widu, ani słuchu po godzinie policyjnej.

Dzień 3


Dzisiejszego dnia nasza wycieczka miała rozpocząć się o 7 rano. W związku z czym zmuszeni byliśmy wstać skoro świt, aby zdąrzyć ogarnąć siebie i jeszcze zjeść śniadanie, które specjalnie dla nas przygotowano o tak wczesnej porze. Gdy zbliżała się umówiona godzina coś podkusiło mnie, żeby otworzyć aplikację airbnb i sprawdzić czy nie ma żadnych wiadomości od organizatora wycieczki. Przeczucie mnie nie myliło. Jednak wiadomość jaką tam znalazłam lekko nas wszystkich zesłościła, gdyż okazało się, że mogliśmy jeszcze spać. Nic nie miałabym przeciwko przesunięciu godziny wyjazdu, ale czemu nie napisali tego wcześniej?! Nie pozostało nam nic innego jak skorzystać z czasu i zdrzemnąć się jeszcze 1h.

O godzinie 9.00 rano czekaliśmy na naszego kierowcę w umówionym miejscu. Pogoda zapowiadała się dzisiaj lekko mglista, bez większych upałów, czyli idealnie na zwiedzanie. Minęło 10minut i nikt po nas nie przyjeżdża. Kolejne 5 minut i dalej nic. Nagle zza zakrętu wyłonił się czarny bus. Kierowca opóścił okno i zapytał się czy my na wycieczkę. Jednogłośnie odpowiedzieliśmy, że tak i wsiedliśmy do busa. Na początek dostaliśmy do wypełnienia listę obceności. Dobrze, że nie zdąrzyliśmy jeszcze odjechać, bo zaraz musielibyśmy zawracać. Okazało się, że nie był to nasz bus xD Taki mały FAIL. Na pomoc przyszedł nasz ulubiony recepcjonista z Riadu i poprosił nas o numer do naszego kierowcy, aby móc zadzwonić i zorientwać się o co chodzi. Okazało się, że zepsuł się bus i to spowodowało opóźnienie, ale kierowca jest już w drodzę i za max 10 minut będzie na miejscu. Wybaczamy i czekamy! ;)

Tak jak obiecał, tak też się stało. Bus zaparkował po 10 minutach, a my wgramoliliśmy się do środka. Przedstawiliśmy się sobie nawzajem i ruszyliśmy w drogę. W między czasie mieliśmy jeszcze dwa przystanki, aby zgarnąć pozostałych towarzyszy podróży. W sumie była nas ósemka.

W drodzę do Imlil, który był naszym głównym punktem wycieczki, zatrzymaliśmy się na pierwszym punkcie widokwym, z którego rozpościerał się wspaniały widok za sady, gaje oliwne itd. Okazało się, że w miejscu, w którym widać nie zarośnięte pasy ziemi, zawsze płynęła rzeka, a w tym roku poraz pierwszy woda płynie jedynie pod powierzchnią, a to co widoczne niestety całkowicie wyschło.

Teoretycznie jestem świadomo zmian klimatyczych i zauważam niektóre zmiany na codzień, jednak ta była dla mnie najbardziej drastyczna ze wszystkich z którymi do tej pory miałam bezpośrednią styczność. Poruszyło mnie to ogromnie i mimo, że minął już prawie miesiąc od wyjazdu siedzi mi to ciągle gdzieś z tyłu głowy.

Następnym punktem naszego wyjazdu był malutki zajazd, w którym mieliśmy okazję zobaczyć jak m.in. wytwarzany jest olej arganowy, masla migdałowe itp. Po prezentacji zostaliśmy zabrani do kolejnego pomieszczenia, w którym zjadowały się wyżej wymienione produkty i nie tylko. Pani przedstawiła nam zastosowanie ich w kosmetyce oraz w dała spróbować tych, które można jeść. Masło z migdałów było najpyszniejszym masłem orzechowym jakie chyba większość z nas nobecnych na wyjeździe kiedykolwiek w życiu jadła! Jednak jego cena równie mocno zwaliła z nóg równo całą naszą ósemkę. 500g słoik kosztował zaledwie 120PLN! Napiszę to jeszcze raz drukowanymi literami STO DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH za 500g masła migdałowego!

Na koniec prezentacji zasiedliśmy do stołu, gdzie zostaliśmy poczęstowani przepyszym pieczywem oraz poraz kolejny cudownym marokańskim przysmakiem. Jednak mimo to nikt z naszej grupy nadal nie skusił się na zakup żadnego z prezentowanych produktów. Nasza gospodyni pożegnała nas z uśmiechem, jednak widoać było lekkie niezadowolenie malujące się na jej twarzy.

Kolejnym przystankiem była nasza docelowa wioska, czyli Imlil. Dlaczego akurat to miejsce? Zapewne dlatego, że to właśnie stąd pochodził nasz przewodnik. Dodatkowo jest to jedna kilku wiosek/miasteczek położonych niedaleko drugiego najwyższego afrykańskiego szczytu, jakim jest Tubkal. Dlategoteż bardzo często pasjonaci gór rozpoczynają właśnie tutaj swoje wyprawy.

Poznając różne zakątki nowego miejsca dotarliśmy na zapowiadane dumnie w opisie wodospady. Na zdjęciach robiły one na prawdę dobre wrażenie, jednak w rzeczywistość, jak to często się zdarza bywa rozczarowująca. Mimo to miejsce było warte odwiedzenia.

Po drodze mijaliśmy w niektórych miejscach wybudowane małe kanały transportujące wodę z gór. Jak się okazało nie jest to woda pitna, a woda używana bardzij do codziennych czynności np. prania. Wielu z mieszkańców pobliskich wiosek wciąż pierze swoje rzeczy właśnie tutaj, ponieważ rzadko kto może sobie pozwolić na zakup pralki.

Spacerując w górach usłyszeliśmy nagle dziwne szumy i stukania w koronach otaczających nas drzew orzecha włoskiego. Nagle spośród liści wyłonił się człowiek. Mam nadzieję, że nikogo nie urażę w tym momencie, ale był to przekomiczny widok. Mały człowiek siedzący na gałęzich z długasinym kijem wymachujący dookoła siebie, aby strącić jak najwięcej orzechów.

Pomału udając się w stronę domu gościnnego, w którym czekał na nas obiad zdarzyliśmy minąć jeszcze malutką łąkę, na której pasły się kozy pośród których biegali młodzi chłopcy pilnujący, aby zwierzęta nie uciekły zza zagrody.

Na obiad podano nam marokański przysmak, czyli ponowna próba Tadżina. Tym razem jednak kucharz nas nie zawiódł i danie było na prawdę bardzo smaczne.

Na miejscu mieliśmy jeszcze chwilę, aby odsapnąć przed dalszą podróżą i ponapawać się przepięknymi widokami rozpościerającymi się z tarasu restauracji.

Naszą chwilę wytchnienia przerwał Rachid zbierając ekipę do dalszej podróży. Kolejnym miejscem jakie mieliśmy w planach odwiedzić była farma dromaderów, gdzie czekała nas krótka wycieczka na grzbiecie tych pięknych zwierząt. Przyznam szczerze, że na początku byliśmy wszyscy bardzo sceptycznie nastawieni do takiego roadzaju atrakcji. Tym bartdziej wspominając wielbłądy, jakie były wykorzystywane do tego typu rozrywek, m.in. w Dubaju, czy w Jordanii. Jednak tutaj po przyjeździe naszym oczom ukazało się stadko dobrze wykarmionych, zadbanych dromaderów. Koniec końców zgodziliśmy się na udział w przejażdżce.

Podczas wyprawy utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, że wielbłądy są dobrze traktowane. Żaden z nich nie był agresywny, wręcz przeciwnie! Większość z nich wręcz nastawiała się na pieszczot! Dodatkowo pracownicy stadniny (nie wiem jak się nazywa takie miejsce w przypadku wielbłądów, więc uznajmy, że jest to także stadnina) przedstawili nam imioną czworonogów, na których aktualnie podróżowaliśmy.

Po zakończonej przejażdżce czekała na nas na werandzie przepyszna marokańska herbatka, którą mogłabym pić na okrągło. W poszukiwaniu WC natknełam się na pozostałe zwierzta zamieszkujące farmę (kury, pawie, konie itd.).

Pomału wycieczka zaczynała zbliżać się ku końcowi. W drodzę powrotnej zatrzymaliśmy się na pustyni Agafay. Jak każda inna pustynia i ta częściowo skradła moje serce. Wygladała jak dziesiątki wielbłądzich garbów.

Do riadu wróciliśmy około godziny 19:00. Idealna godzina na kolację. Tego wieczoru wybór padł na restaurację, w której ostatnio piliśmy kawę. Do jedzenia wybraliśmy fallafele zawijane w tortilli z warzywami oraz truskawkowe smoothie. Polecam je zdecydowanie każdemu!

Kolejny dzień naszej podróży pomału zaczynał dobiegać końca, a my czuliśmy, że kolejne fragmenty naszych serc zostały skradzione, a błędy pierwszego dnia pomału odkupione.


Dzień 4


Nadszedł ostatni dzień naszej wyprawy. Za cel wyprawy obraliśmy punkt położony najdalej od naszego riadu, czyli Ogrody Majorelle. Do celu mieliśmy ok. 4km. Teoretycznie nie dużo, jednak wszyscy którzy tego doświadczyli, wiedzą jak wyglądają spacery w 40st upale. Jednk lejący się żar z nieba nam nie straszny i nie daliśmy namówić się na taxi.

Staraliśmy się kierować raczej wąskimi uliczkami, coraz to innych targów. Gdzieniegdzie napotykaliśmy kolejne street foody, jednak ich wygląd niekoniecznie zachęcał nas do jedzenia. Chętni na bazarach mogi zakupić ziarna, najróżniejsze mięsa, ale także jeszcze żywe kurczaki, cisnące się w wąskich klatkach.

Trasa minęła nam bardzo sprawnie, przemierzyliśmy ją w niecałą 1h, czyli taxi zdecydowanie nie była nam potrzebna. Ogrody znajdują się w bogatszej dzielnicy Marrakeszu, co zdecydowanie rzucało się w oczy. Wstęp do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w mieście kosztował 120MAD (ok. 55PLN), dodatkowo jeśli ktoś chciałby odwiedzić muzeum berberów musi dopłacić 40MAD (ok. 18PLN).

Od 1923 roku jego właścicielem i projektantem był francuski orientalista Jacques Majorelle, który zakupił posiadłość i mieszkał w niej przez prawie 40 lat. W latach 80. XX wieku nieruchomość nabyli i odnowili Yves Saint-Laurent i Pierre Bergé.

Majorelle zajmują 9000 m² i obsadzone są egzotycznymi okazami roślin z różnych zakątków świata. Wśród 135 gatunków roślin z pięciu kontynentów, znalazły się kaktusy, jukki, jaśmin, bugenwillie, palmy, bananowce, grzybienie, bambusy i inne. Po zakupie Yves Saint-Laurent i Pierre Bergé zwiększyli liczbę gatunków roślin do trzystu, zainstalowali automatyczne nawodnienie, a do utrzymania ogrodu zatrudnili 20 ogrodników.

Jest to zdecudowanie najłdniejszy z dostępnych ogrodów w Marrakeszu, jednak czy wart swojej ceny?! Wg. mnie i tak, i nie. Dlaczego tak? Jest piękny i unikatowy, jak pomyśli się ilu ludzi jest potrzebnych do utrzymania takiego miejsca, ile wody jest niezbędne, aby podlać te wszystkie rośliny. Dlaczego nie? Wydaje mi się, że jednak 50PLN to za dużo jak na wejście wyącznie do ogrodów, jeśli cena zawierałaby także wejście do muzeum to jak najbardziej. Jednak pozostawiam Wam ocenienie, czy dla Was to jest odpowiednia cena oraz, czy Wy zapłacilibyście tyle żeby wejść do ogrodu i muzeum

Po opuszczeniu Majorelle mieliśmy zajść do meczetu Ben Youssef, który prawdopodobnie jest najstarszy i najważniejszy, w mieście, ale całkowicie o tym zapomnieliśmy. Przypomniało nam się dopiero, gdy wrócilimy do riadu, a stmtąd już nie chciało nam się wracać taki kawał.

Wracając tą samą drogą zaszliśmy ponownie na targ, aby poraz ostatni uraczyć się naszym ulubionym marokańskim posiłkiem. Po nasze bułeczki wróciliśmy jeszcze na kolację (może i jesteśmy monotematyczni, ale to jedzenie bardzo nam posmakowało, sprzedawcy byli super mili i kiedy nas widzieli witali się jak ze starymi ziomkami, po tym jedzeniu ani razu nie bolał mnie brzuch). Dochodziła godzina 21 i poraz pierwszy potwierdziła się godzina policyjna, o której czytaliśmy na stronie gov. Policja chodziła po wszystkich straganach i pilnowała, aby sprzedawcy zamykal interesy. W ostatniej chwilii udało nam się jeszcze podbiec do budki ze świeżo wyciskanymi sokami. Jak tylko sprzedawca nam je podał i zapłaciliśmy, zgasły wszystkie światła.

Ostatni dzień chcieliśmy spędzić bez żadnej spiny, aby chociaż trochę nasycić się wolnością i wszechobecnym luzem zanim wrócimy do Polski.


Podsumowanie


Czy polecam odwiedzić Maroko? Pierwszego dnia wycieczki powiedziałabym, że zdecydowanie NIE! Jednak dzięki pozostałym dniom, miejscom które zobaczyliśmy, ludziom których poznaliśmy, jak już wiedzieliśmy w jaki sposób obchodzić się z tubylcami, zdecydowanie POLECAM chociaż raz w życiu odwiedzić ten kraj!



Ile kosztował nas cały wyjazd:

  • bilety 400PLN

  • nocleg 260PLN

  • bilety wstępu 150PLN

  • wycieczka 130PLN

  • quady 80PLN

  • pieniądze wydane na jedzenie, pamiątki itp. 250PLN

Razem ok. 1200PLN.




146 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

72h we Lwowie